Kano wins!

0
149

Po prawie rocznej przerwie wróciliśmy do sali kinowej aby zrecenzować dla Was kolejną filmową produkcję. Jako pierwszy na tapetę wpadł Mortal Kombat. Dosłownie, wpadł!

 

Przyznam szczerze, odwykłem zarówno od dużego ekranu jak i od pisania o tym co na nim zobaczyłem. Ostatnie miesiące królował u mnie mały monitor laptopa lub ewentualnie podpięty do niego projektor. Stwierdziłem, że po tak długiej przerwie muszę wybrać się na coś mocnego, dynamicznego i efektownego. Wypadło na Mortal Kombat.

Jestem z pokolenia, które doskonale pamięta produkcję z 1995 roku oraz towarzyszące jej gry komputerowe (dokładnie w tej kolejności, gdyż gracz ze mnie żaden). Na zawsze mam w pamięci motyw muzyczny i… rolę Krzysia Lamberta jako Rayden’a. Z takim historycznym nastawieniem poszedłem do Heliosa obejrzeć nową wersję kultowego filmu.

Uwaga, spojler – już pierwsze sceny nowej ekranizacji uświadomiły mnie, że z poprzednią produkcją łączą ją jedynie imiona głównych bohaterów. Agresywne sceny walki, niewiarygodne ilości krwi oraz brutalne “dobijanie” przeciwnika są stałym elementem filmu aż do samego końca. Nie polecam osobom o słabych nerwach, szczególnie że poszczególne sceny są bardzo realistyczne.

Poszczególne postacie nie odbiegają od swoich protoplastów z końca XX wieku jednak szczególnie zapadło mi w pamięci dwóch bohaterów. Zacznę od ewidentnego zawodu – Rayden. Czegoś ewidentnie zabrakło przy kreowaniu, jakby nie patrzeć, najważniejszej w filmie postaci. Jego świecące oczy wyglądają jak choinkowe lampki a dialogi są całkowicie zbędne i nudne. Powala za to Kano. Od pierwszej do ostatniej sceny bawi i przeraża, przez co do samego końca filmu z utęsknieniem oczekujemy na jego epizody na ekranie.

Nie da się nie wspomnieć o rewelacyjnych efektach specjalnych. Sub Zero i jego zdolności tworzenia broni z lodu mrożą krew w żyłach. Dosłownie u swoich rywali na planie jaki i w przenośni u widzów.

Podsumowując, jest to ewidentnie kino dla osób lubiących krwawe jatki w wykonaniu ninja, bokserów i ludzkich maszyn do zabijania. Wychodząc w sali na pewno powtórzycie w myślach hasło “zajebioza”.

fot. mat. producenta

Oprac. Paweł Musiał