Są reżyserzy, którym wybacza się przeciętność. Są też tacy, którym poprzeczkę zawieszają ich własne arcydzieła. Do tej drugiej grupy bez wątpienia należy Guy Ritchie. Dlatego po seansie „Zawodowców” wychodziłem z kina z poczuciem, że obejrzałem po prostu dobry film. Problem w tym, że od twórcy „Przekrętu” czy „Dżentelmenów” oczekuje się czegoś więcej niż tylko „dobrze”.
Już od pierwszych scen widać zresztą, że tym razem Ritchie idzie w nieco innym kierunku. Konwencją i sposobem prowadzenia akcji „Zawodowcom” zdecydowanie bliżej do „Ministerstwa Niebezpiecznych Drani” niż do kultowego „Przekrętu” czy pełnych elegancji i błyskotliwych dialogów „The Gentlemen”. Jest więcej klasycznego kina sensacyjnego i przygodowego, a mniej tego charakterystycznego, gangsterskiego chaosu kontrolowanego, z którego reżyser uczynił swój znak firmowy.
„Zawodowcy” oglądają się sprawnie. Tempo jest odpowiednie, dialogi momentami błyskotliwe, a obsada wykonuje swoją pracę solidnie. Jednak gdzieś po drodze zabrakło tego charakterystycznego dla Ritchiego szaleństwa – tej filmowej finezji, nieoczywistych zwrotów akcji i inteligentnej zabawy z widzem, która sprawiała, że jego najlepsze produkcje oglądało się z szerokim uśmiechem i ciągłym pytaniem: „Co on jeszcze wymyśli?”.
Tym razem odpowiedź brzmi: niewiele. Scenariusz nie zaskakuje praktycznie ani razu. Kolejne wydarzenia można przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, a finał nie daje satysfakcji, jaką potrafiły zapewnić wcześniejsze filmy reżysera. Wszystko jest poprawne, ale poprawność nigdy nie była znakiem rozpoznawczym Guya Ritchiego.
Największym pozytywnym zaskoczeniem okazał się dla mnie Fisher Stevens w roli Williama Horowitza – prawnika Salazara. To właśnie jego kreacja wnosi na ekran najwięcej autentyczności i charakteru. W świecie pełnym twardych graczy stworzył postać, która przyciąga uwagę nie efektownością, lecz subtelnością i świetnym wyczuciem roli.
Czy warto wybrać się do kina? Tak. To solidne kino rozrywkowe, które pozwala spędzić przyjemne dwie godziny. Jendak, jeśli ktoś liczy na emocje i scenariusz na poziomie „Przekrętu” czy „Dżentelmenów”, może poczuć lekki niedosyt. To dobry film, tylko że nakręcony przez reżysera, który przyzwyczaił nas do filmów wybitnych.
Serdeczne podziękowania dla kina Helios w gdyńskiej Rivierze za zaproszenie na seans i możliwość obejrzenia filmu przed podzieleniem się swoją opinią z czytelnikami.
Fot. kino Helios
