Starając się być blisko miejskich spraw, nie spodziewałem się niczego, co wykraczałoby poza standardowy zestaw – przemówienia, kotyliony, trochę patosu i szybkie rozejście się do domów. Tymczasem 10 lutego przyniósł kilka momentów, które naprawdę dało się zauważyć. I kilka takich, których nie dało się nie zauważyć.
Najbardziej zaskoczyły iluminacje na budynkach. Proste rozwiązanie, a efekt – bardzo przyzwoity. Miasto wyglądało jakby ktoś w końcu wcisnął przycisk „uroczystość”, a nie tylko „rocznica do odhaczenia”. Szkoda tylko, że nie poszliśmy krok dalej. Zamknięcie całej ul. 10 Lutego – od Podjazdu do Skweru Kościuszki – zrobiłoby z tego prawdziwą miejską oś świętowania. Byłby klimat, byłaby przestrzeń dla ludzi, byłoby poczucie, że coś się dzieje naprawdę. Teraz było dobrze. Mogło być bardzo dobrze.
Scena i parada
Sama scena – wizualnie na plus. Widać było, że ktoś chciał, żeby to wyglądało jak wydarzenie z okazji setnych urodzin miasta, a nie szkolna akademia. Problem w tym, że dźwięk postanowił zagrać w innej lidze. Nagłośnienie było po prostu koszmarne. Już w okolicach Świętojańskiej trudno było zrozumieć, co właściwie śpiewają wykonawcy. Przy takiej skali wydarzenia to nie jest drobiazg. To fundament. Bez niego nawet najlepszy program brzmi jak próba generalna.
A jednak – tłum był spory. I to jest chyba najważniejsza informacja z tego dnia, ludzie przyszli. Stali, słuchali, kręcili się po centrum. To najlepszy dowód na to, jak bardzo w Gdyni brakuje dużych, otwartych wydarzeń. Niekoniecznie idealnych, po prostu takich, które dają pretekst, żeby wyjść z domu i być razem.
Parada… no cóż. Nie spełniła żadnych oczekiwań. Ani wizualnych, ani emocjonalnych, ani organizacyjnych. Zamiast miejskiego spektaklu wyszło coś, co trudno nawet nazwać szkicem do większej całości. Przy setnej rocznicy miasta naprawdę można było pokusić się o coś więcej niż przejście, które znika z pamięci szybciej niż zimowy śnieg z chodników.
Sesja i cisza, która mówi więcej niż słowa
Uroczysta sesja Rady Miasta – formalnie poprawna, symbolicznie ważna. Ale jedno rzucało się w oczy: konsekwentne unikanie jak ognia choćby wspomnienia nazwiska Szczurek. Można się spierać o ocenę jego rządów, można mieć różne polityczne sympatie, ale pomijanie tak istotnej postaci w historii współczesnej Gdyni wygląda po prostu mało elegancko. I co gorsza, zdradza pewne kompleksy obecnych władz. Historia miasta nie zaczyna się od nowej kadencji, nawet jeśli ktoś bardzo by chciał.
Co dalej?
Po takim, powiedzmy, w miarę mocnym uderzeniu na start, trudno oczekiwać, że przed latem wydarzy się coś równie dużego. Ten pierwszy akcent miał pokazać, że setne urodziny Gdyni to nie tylko kalendarzowa ciekawostka. I pokazał. Na tyle, na ile pozwoliła organizacja i wyobraźnia.
Prawdziwa energia może jednak przyjść z innej strony. Coraz więcej mówi się o inicjatywach dzielnicowych. Mniejszych, bliższych ludziom, mniej scenicznych, a bardziej sąsiedzkich. Jeśli tam pojawi się wsparcie i sensowna koordynacja, to właśnie w dzielnicach może się wydarzyć coś najciekawszego w tym jubileuszowym roku.
Setne urodziny miasta to maraton, nie sprint. Start był momentami zaskakująco dobry, momentami boleśnie nierówny. Teraz wszystko zależy od tego, czy ktoś w ratuszu uzna, że warto iść za ciosem – albo przynajmniej nie przeszkadzać tym, którzy chcą świętować po swojemu.
